Tytuł Twojego bloga

Tutaj możesz wprowadzić krótki opis strony, maksymę, jakieś hasło lub inny tekst.
poniedziałek, 13 czerwca 2011. 12:42 | Kategoria: brak kategorii
Chyba każdy nastoletni chłopak z niecierpliwością czeka na pierwszy zarost. Dla wielu to oznaka postępującego procesu dojrzewania, dorosłości, a wręcz lansu. Podobnie było z 15-letnim Samem Taubmanem z Wielkiej Brytanii. Chłopak doczekał się widocznego owłosienia na twarzy i za nic nie chciał się go pozbyć.

A konkretnie – wąsik po prostu mu nie przeszkadzał. Do dnia, kiedy nauczycielka języka angielskiego stwierdziła, że meszek na twarzy godzi w... zasady szkoły. Liceum katolickie, do którego uczęszcza, stara się, aby wszyscy uczniowie wyglądali jednakowo. Sam się wyróżniał.

Chłopak został wyproszony z zajęć. 15-latek i jego matka nie kryją oburzenia, bo do tej pory nikt nie zwracał na to uwagi, chłopiec nigdy nie otrzymał żadnego ostrzeżenia w tej sprawie. Tym większe było zdziwienie, kiedy z powodu zarostu nie mógł uczestniczyć w lekcji.

- Przywiązujemy wielką wagę do naszego regulaminu, w tym do zasady jednolitego wyglądu uczniów. Sam złamał tę zasadę, ale problem został już rozwiązany - twierdzi dyrektor liceum w wypowiedzi dla "Daily Mirror".

Sam został zmuszony do golenia się. Dzięki gładkiej twarzy może już normalnie uczestniczyć w lekcjach. Sytuacja mocno absurdalna, ale niektóre środowiska potrafią doprowadzić nawet najmniej istotne sprawy do granic absurdu. Wyobrażacie sobie taką aferę w polskiej szkole?
czwartek, 3 marca 2011. 13:07 | Kategoria: brak kategorii
Sfrustrowany wyborca zjadł kartę do głosowania, porwawszy ją wcześniej na strzępy. Do tego osobliwego incydentu doszło w niedzielę w lokalu wyborczym w Sorrento na południu Włoch.

W niedzielę i poniedziałek we Włoszech odbywają się przedterminowe wybory parlamentarne, połączone w niektórych regionach z wyborami samorządowymi

Ansa poinformowała, że przedsiębiorca i właściciel kilku sklepów w Sorrento krzyknął na cały głos w lokalu wyborczym: "Oni wszyscy są ohydni, nie czuję się reprezentowany przez nikogo". Następnie porwał wielkich rozmiarów kartę do głosowania i ją zjadł.

Wyjaśnił, że lepiej to zrobić niż głosować na kogokolwiek. Przedsiębiorca podkreślił, że uczynił to na znak protestu przeciwko sytuacji we Włoszech, która jego zdaniem nie ulegnie żadnej zmianie po wyborach parlamentarnych.

Pilnujący lokalu wyborczego policjanci zawieźli mężczyznę na komisariat, gdzie został spisany.
czwartek, 3 marca 2011. 13:04 | Kategoria: brak kategorii
Do przychodni "Leśnej" w Bydgoszczy zgłosił się pacjent, który - jak wynika z lekarskiej bazy danych - nie żyje od ponad pół roku. A jednak boli go gardło i ma podwyższoną temperaturę.

Wojciech Korzeniewski to rosły 40-latek. Oddycha pełną piersią. Dokucza mu tylko niewielka gorączka i ból gardła. Bardzo się więc zdziwił, gdy w poniedziałek w swojej przychodni usłyszał, że od ponad pół roku nie żyje.

Jak do tego doszło? Bydgoszczanin należy do przychodni "Leśnej" od lat. Ale choruje rzadko. Kiedy złapała go grypa, poprosił mamę, która mieszka niedaleko lecznicy, by go zarejestrowała. Na miejscu okazało się, że karta syna jest nieaktualna, a pacjenta wykreślił Narodowy Fundusz Zdrowia.

Matka Korzeniewskiego nie dociekając dlaczego, wypisała ponownie zgłoszenie do przychodni. Syn został przebadany kilka godzin później. Po wizycie, z czystej ciekawości, spytał recepcjonistkę, dlaczego został wykreślony. Ta sprawdziła u informatyka. Potem wbiła wzrok w 40-latka i przez dłuższą chwilę nie mogła wydobyć z siebie słowa.

- Głupio mi to mówić... ale według naszych informacji pan nie żyje - bąknęła w końcu.

- Uśmiałem się - mówi Korzeniewski. - Mam nadzieję, że to był jednak dobry znak i będę długo żył. Ale w sercu dziękowałem, że nikt nie powiedział tego mojej matce. Mogłaby się mocno zdenerwować.

Informacja o śmierci Korzeniewskiego została wprowadzona do bazy danych przychodni w sierpniu ubiegłego roku. - Nie mogliśmy wiedzieć, że to błąd - wyjaśnia Arkadiusz Marocha z administracji "Leśnej". - Dostajemy oficjalne listowne powiadomienia o zgonach i je rejestrujemy. Mamy 12 tys. osób pod sobą, nie sposób sprawdzać każdego.

Barbara Nawrocka, rzecznik prasowy NFZ w Bydgoszczy twierdzi, że Korzeniewski nigdy nie był uznany przez fundusz za osobę martwą. - W naszym systemie jest wykazywany jako osoba żywa i ubezpieczona - zapewnia.

Jak więc mogło dojść do tego, że w przychodni figurował jako zmarły? - Być może temu człowiekowi błędnie przypisano numer PESEL zmarłego? - zastanawia się rzeczniczka.

Przychodnia odpiera: - Wyrejestrowujemy pacjentów wyłącznie na zlecenie NFZ albo placówek, w których byli hospitalizowani - twierdzi Muracha. - O śmierci pana Korzeniewskiego najprawdopodobniej poinformował nas jakiś szpital, hospicjum, dom starości bądź inne miejsce, w którym się długo leczył.

Korzeniewski twierdzi, że ostatnio był hospitalizowany 13 lat temu. W domu starców czy hospicjum, rzecz jasna, nie przebywał.

- Informacja o zgonie musiała przyjść z NFZ - mówi. - Pewnie gdy zarejestrowałem się ponownie, fundusz się o tym dowiedział i szybko naprawił swój błąd. Nikt inny nie mógł uznać mnie za nieboszczyka.

NFZ co miesiąc aktualizuje informacje o pacjentach. Są dwie listy weryfikacyjne. Pierwsza jest uaktualniana przez ZUS. Z tego źródła fundusz dowiaduje się, kto w minionym miesiącu stracił ubezpieczenie. Drugą weryfikuje Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji. - To stąd mamy dane o tym, kto umarł - tłumaczy Nawrocka. - Pomyłki przy aktualizacji danych mogą się zdarzać, ale do tej pory nie mieliśmy interwencji w takiej sprawie.

O podobnych "potknięciach" wiedzą jednak przychodnie. - Zdarzyło się już, że pacjent zaliczony przez fundusz do nieżyjących pojawiał się w przychodni - opowiada Muracha. - Wtedy zapisuje się do nas ponownie, a my jego deklarację wysyłamy do NFZ. W ten sposób fundusz orientuje się, że osoba jednak żyje.

Pacjent, którego przez przypadek uśmiercono, powinien zgłosić się do NFZ, a ten zajmie się "przywróceniem" go na listę żywych. - Jednak w przypadku pana Korzeniewskiego nie ma konieczności interwencji u nas, bo nigdy nie zniknął z naszej bazy - uspokaja rzeczniczka NFZ.

Korzeniewski jednak nie odpuszcza: - Nie daje mi to spokoju. Nie wiem, co by było, gdyby nie chorował przez kilka lat i pomyłki nie wykrył. Wciąż dla lekarzy z przychodni byłbym trupem? A może gdzieś jeszcze figuruję jako nieboszczyk? Mam mnóstwo pytań. Jak tylko dojdę do siebie, wybiorę się do NFZ, objawię jako żywy i wszystko wyjaśnię.
czwartek, 3 marca 2011. 13:01 | Kategoria: brak kategorii
Policjanci z Łańcuta wyjaśnili losy właściciela samochodu, którego w sobotę zauważono na skarpie nad rzeką Wisłok. Obywatel Niemiec został odnaleziony w pobliskiej stodole w stercie słomy. Właściciel stodoły chciał widłami nabrać słomy, lecz ku swemu zaskoczeniu, drasnął widłami Niemca.

Terenowy mercedes zawieszony na skarpie nad Wisłokiem wzbudził uzasadniony niepokój mieszkańca jednej z okolicznych miejscowości. Poinformował o tym niezwłocznie policję, a przeprowadzone na miejscu oględziny samochodu jeszcze wzmogły uczucie niepokoju, ponieważ samochód nie był zamknięty, wewnątrz znajdowały się kluczyki, natomiast poniżej pojazdu, na brzegu rzeki leżały części odzieży i buty.

Natychmiast rozpoczęto poszukiwania kierowcy. Sprowadzono przewodnika z psem tropiącym z KMP Rzeszów, przybyli też strażacy z pobliskich jednostek ochotniczych straży pożarnych. Niestety, pies nie podjął tropu. Penetracja okolicznego terenu oraz rzeki z wykorzystaniem łodzi nie dała żadnego efektu.

Równolegle z poszukiwaniami policjanci ustalali okoliczności, w jakich samochód znalazł się nad rzeką. Okazało się, że taki samochód był widziany poprzedniego dnia wieczorem na polnych drogach. W sobotę przed południem widziany był obcy mężczyzna idący od rzeki w stronę wioski.

Po godzinie 17.00 jeden z mieszkańców zadzwonił na policję z kolejną niepokojącą informacją. Jak wynikało ze zgłoszenia, w stodole znalazł zwłoki mężczyzny.

Policjanci z posterunku w Białobrzegach, którzy zostali alarmowo wezwani do służby, pojechali we wskazane miejsce i odnaleźli, mocno, co prawda wychłodzonego i osłabionego, ale na szczęście żywego obywatela Niemiec, właściciela mercedesa. Został on przewieziony do szpitala, gdzie zaopiekowali się nim lekarze. Jego samochód zabezpieczono.

Według relacji Petera C., który wybrał się na wycieczkę do Polski i na Litwę, zgubił się na drogach powiatu łańcuckiego i dokładnie nie pamięta, jak znalazł się nad rzeką. Zszedł nad wodę, aby się umyć, ale poślizgnął się i wpadł do Wisłoka. Przepłynął pewien dystans z nurtem rzeki aż udało mu się wyjść na brzeg. Zdjął z siebie mokre ubrania, pozostawił je na brzegu i udał się w kierunku najbliższych zabudowań. Tu wszedł do stodoły i tam wyczerpany zasnął.

Obudził go dopiero właściciel budynku, który o niczym nie wiedząc chciał widłami nabrać słomy. Wystraszony i osłabiony, a w dodatku draśnięty widłami Niemiec leżał cicho, przez co gospodarz sądził, że są to zwłoki. Mężczyzna został przewieziony do szpitala, gdzie obecnie przebywa z podejrzeniem zapalenia płuc.
Szablon wykonał Kryczus.
Pobrano z Miasta Kreowania Snów.